Moje pierwsze dni w Szwajcarii🇨🇭- płacz, walizka w korytarzu i dialekt, którego nie rozumiałam
Przyjazd do Szwajcarii miał być dla mnie nowym początkiem. Szansą, żeby odciąć się od ciężaru długów, które ciągnęły mnie w Polsce na dno. Decyzja nie była łatwa zostawiałam za sobą dwójkę dzieci. Każda mama wie, że to jak wyrwać sobie kawałek serca. Ale wtedy miałam w głowie tylko jedno: „Trzy miesiące. Tylko trzy miesiące. Zarobię, spłacę długi i wrócę.”
Pierwsze miejsce pracy w Szwajcarii – restauracja w małej wiosce w kantonie Bern.
Spakowałam walizkę trochę ubrań, trochę nadziei i ogrom strachu. Kolega, który już pracował w Szwajcarii, zaproponował, że mnie zawiezie. Wsiadłam do auta i patrząc przez szybę powtarzałam sobie: „Dasz radę. Musisz dać radę.”
Jechałam w ciemno. Bez znajomych, bez wsparcia, z ogromnym lękiem, ale i z tą kruchą nadzieją, że może właśnie tu uda mi się zacząć życie od nowa.
Prawda jednak okazała się dużo trudniejsza, niż cokolwiek, co sobie wyobrażałam.
Nowa praca, nowe otoczenie,a ja czułam się jak na innej planecie.
Co ja tu robię? – pierwsze dni pełne chaosu
Wysiadłam w małej wiosce w kantonie Bern. Trafiłam do restauracji prowadzonej przez starsze Szwajcarki. Już od progu poczułam się obco spojrzenia, których nie rozumiałam, słowa, które brzmiały jak z innej planety.
Rivella – najpopularniejszy szwajcarski napój, którego nazwy na początku w ogóle nie rozumiałam.
Saure Most – cydr jabłkowy, czasem z alkoholem, czasem bez, bywa też trüb czyli mętny. Wtedy brzmiało to dla mnie jak zaklęcie.
Mój niemiecki na poziomie C1, którym tak bardzo się wcześniej chwaliłam, nagle przestał mieć znaczenie. Goście zamawiali: „Rivella, Elmer Citro, Saure Most, Hergöttli” A ja stałam osłupiała. Rivella? Moscht? Hergöttli? To brzmiało jak zaklęcia z książki, a nie zamówienie w restauracji. Dopiero później zrozumiałam, że Hergöttli to nie żaden klient, tylko… małe piwo.
Każdego dnia zmagałam się nie tylko z językiem, ale i z własnymi emocjami. Pakowałam się co tydzień. Walizka stała w korytarzu jak wyrzut sumienia, gotowa, żebym w każdej chwili mogła wrócić do domu. Każdego wieczoru płakałam, z tęsknoty za dziećmi, ze strachu, że nie dam rady, i ze zmęczenia, które ścinało mnie z nóg.
Czułam się samotna. Nie pasowałam. Byłam obcą w świecie, którego reguł jeszcze nie znałam.
Patrzyłam na Alpy, a w środku czułam tylko tęsknotę i samotność.
Dialekt, który brzmiał jak inny język
Haslidütsch, tak nazywa się dialekt, którym mówili wszyscy w tej wiosce. Ale wtedy dla mnie nie miało to znaczenia. Brzmiało to jak mieszanka chrząknięć, urwanych sylab i dźwięków bez sensu.
To nie był niemiecki, którego uczyłam się latami. To nie były słowa z podręcznika. To był inny świat.
Dziś wiem, że w Szwajcarii istnieją setki dialektów. Ale wtedy… wtedy miałam wrażenie, że znalazłam się na obcej planecie, gdzie ludzie mówią w języku, którego nie sposób się nauczyć.
Haslidütsch – dialekt, który brzmiał dla mnie jak zupełnie obcy język.
Przełom
Pewnego dnia spojrzałam na walizkę stojącą w korytarzu i powiedziałam do siebie:
„Albo wezmę się w garść i zacznę walczyć, albo pakuję się i wyjeżdżam.”
Zostałam.
Postanowiłam, że będę pytać o każde słowo, którego nie rozumiem. Że przestanę udawać, że wiem. Że będę chłonąć, nawet jeśli będę czuć się głupio.
Powiedziałam sobie: zacznę pytać o każde niezrozumiałe słowo. Albo się spakuję i wyjadę.
Z czasem zaczęłam rozumieć coraz więcej – krok po kroku oswajałam Szwajcarię.
Po miesiącu coś zaczęło się zmieniać. Najpierw rozumiałam pojedyncze słowa, potem zdania. Po trzech miesiącach łapałam sens rozmów. A razem ze słowami zaczęłam łapać coś więcej – oddech.
Znalazłam pierwsze osoby, które podały mi rękę. Poczułam, że może jednak dam radę. Że ta codzienna walka ma sens.
Ale najtrudniejsze były emocje. Samotność, poczucie, że „nie pasuję”, rozrywająca tęsknota za dziećmi. To one sprawiały, że tak często chciałam się spakować i wrócić.
Pierwsi ludzie, którzy podali mi pomocną dłoń, sprawili, że poczułam się mniej obco.
Z czasem pojawili się też ludzie, z którymi mogłam usiąść do stołu i poczuć, że mam tutaj swoje miejsce.
Dlaczego Ci to opowiadam?
Bo wiem, że wielu z Was, nowych emigrantów przechodzi przez dokładnie to samo.
Może właśnie teraz siedzisz na walizce i pytasz siebie: „Czy popełniłam błąd?”
Nie. Nie popełniłeś. Nie popełniłaś.
To normalne, że początki bolą. To etap, który minie. Szwajcaria potrafi dać w kość, ale jeśli zostaniesz, zacznie też dawać szanse, jakich się nie spodziewasz.
,,Emigracja to nie ucieczka. To akt odwagi ”.
Emigracja to nie ucieczka. To akt odwagi.
Planujesz wyjazd do Szwajcarii? Na blogu znajdziesz więcej wskazówek, które pomogą Ci pewnie stawiać kolejne kroki.
Zobacz podobne wpisy
Nie znaleziono żadnych wyników
Nie znaleziono szukanej strony. Proszę spróbować innej definicji wyszukiwania lub zlokalizować wpis przy użyciu nawigacji powyżej.
